czwartek, 17 stycznia 2013

Epilog Insygniów śmierci czytają...

Hermiona Granger czyta epiolg Insydniów Śmierci:
Pobrubioną kursywą napisany jest tekst z książki Harry Potter J.K.Rowling

Hermiona Granger przed SUMami siedziała w bibliotece wkuwając transmutację dla zaawansowanych. Nagle usłyszała dziwny dzięk, coś jakby ćwierkanie i bzyczenie jednocześnie. Podeszła do okna, wyjrzała. Nie było tak nic niepokojącego, tylko dróżyna qudditcha gryffindoru która tańczyła z dróżyną slytherinu. Prowadzili jednak Harry Potter i Draco Malfoy. Nic wielkiego. Wróciła do stolika. Pierwsze co zauważyła to kartki sklejone ze sobą. Wzięła je do ręki i przeczytała pierwszą
Dziewiętnaście lat później
Hermiona zawachała się czy czytać dalej. Głos dochodzący nie wiadomo skąd ponaglił ją. Chcąc się przekonać jaka będzie przyszłość zaczęła czytać.
Jesień nadeszła tego roku niespodziewanie. Poranek pierwszego września był rześki i złoty jak jabłko, a opary z rur wydechowych i oddechy przechodniów skrzyły się w powietrzu jak pajęczyny, gdy przechodzili przez hałaśliwą ulicę, kierując się w stronę poczerniałego od sadzy, wielkiego budynku dworca.
Hermiona uśmiechnęła się do siebie. Doskonale pamiętała jak pierwszy raz przybyła na King Cross.
Dwie wielkie klatki grzechotały na szczycie wyładowanych wózków, które pchali rodzice, a zamknięte w nich sowy pohukiwały z oburzeniem.
- Sowa Harry'ego zawsze była oburzona taką przejażdżką. - Zachichotała nie zdając sobie sprawy że powiedziała to na głos.
Rudowłosa dziewczynka wlokła się smętnie za braćmi, ściskając rękę ojca.
- Już niedługo i ty pójdziesz do szkoły - pocieszył ją Harry.
Serce Hermiony Granger zaczęło szybciej bić.
- Tutaj Harry ma już dzieci. Ciekawe kto jest matką...
- Tak, za dwa lata - jęknęła Lily. - Ja chcę teraz!
Granger uśmiechnęła się, to przecież wiadomo że Harry nazwie swoje dzieci imionami rodziców.
Ludzie rzucali zaciekawione spojrzenia na sowy, gdy cała rodzina przepychała się przez tłum w kierunku bariery między peronami dziewiątym i dziesiątym. Poprzez otaczający ich zgiełk dobiegł Harry'ego głos Albusa
Hermiona prychnęła. Kto jak kto ale Harry musi uwielbiać Dumbledore'a.
: jego synowie znowu powrócili do sprzeczki, którą rozpoczęli w samochodzie.
- Ja nie chcę! Nie będę w Slytherinie!
- James, znowu zaczynasz? - skarciła syna Ginny.
Granger zakrztusiła się swoją własną śliną. Ginny? Żoną Harry'ego będzie Ginny? Ciekawe co powie na taki układ Ron...
- Ja tylko powiedziałem, że on może tam trafić - odrzekł James, szczerząc zęby do młodszego brata. - Przecież to nic strasznego. Może być w Slyt...
Urwał, napotkawszy spojrzenie matki, i zamilkł.
- Wzrok Gin potrafi być przerażający - stwierdziła sama do siebie.
Stali już przed barierą. James zerknął trochę wyzywająco na młodszego brata, chwycił za rączkę wózka, który do tej pory pchała matka, i popędził z nim prosto na barierkę. Chwilę później zniknął.
- Ale będziecie co mnie pisali, co? - zapytał natychmiast Albus, wykorzystując czasową nieobecność brata.
- Codziennie, jeśli chcesz - odpowiedziała Ginny.
- Prawda, Ginny jest nadopiekuńcza i przewrażliwiona na punkcie rodziny. Zrobi wszystko co będą chcieli... - Hermiona chyba zbzikowała. To już któryś raz gdy mówi sama do siebie.
- Nie codziennie - odparł szybko. - James mówi, że większość uczniów dostaje od rodziców przeciętnie jeden list na miesiąc.
- W zeszłym roku pisaliśmy do Jamesa trzy razy w tygodniu - powiedziała Ginny.
- I nie musisz wierzyć we wszystko, co on ci opowiada o Hogwarcie - wtrącił harry. - Twój brat lubi sobie pożartować.
Coś jak Fred i Georg w jednym? - zapytała się w myślach.
Wszyscy czworo złapali za rączkę wózka i ruszyli na przód, nabierając prędkości. Gdy byli już przy samej barierce, Albus skrzywił się ze strachu, ale do zderzenia nie doszło. Wynurzyli się na peronie numer dziewięć i trzy czwarte, zasnutym gęstym, białym dymem buchającym z czerwonej lokomotywy Ekspresu Hogwart. Niewyraźne postacie tłoczyły się w tych białych oparach, w których zniknął już James.
- Gdzie oni są? - zapytał z niepokojem Albus, gdy szli peronem w stronę pociągu.
- Ciekawe kto gdzie jest. Cholera. - Przeklnęła, chyba naprawdę zbzikowała.
- Nie bój się, zaraz ich znajdziemy - zapewniła go Ginny. Ale w gęstych oparah trudno było rozróżnić twarze. Oderwane od ludzi głosy brzmiały nienaturalnie donośnie. Harry'emu zdawało się, że usłyszał, jak Percy robi komuś wykład na temat przepisów użycia mioteł, więc rad był, że nie musi się zatrzymywać...
- Percy? Czyżby wrócił do rodziny? - Już nie przejęła się swoim nienormalnym zachowaniem.
- To chyba oni, Al - powiedziała nagle Ginny. Z mgły wyłoniły się cztery postacie stojące przy ostatnim wagonie. Harry, Ginny, Lily i Albus rozpoznali ich twarze dopiero, gdy do nich podeszli.
- Cześć! - zawołał Albus z wyraźną ulgą. Rose, już ubrana w nowiutką szatę uczniów Hogwartu, powitała go promiennym uśmiechem.
- Więc udało ci się zaparkować? - zapytał Harry'ego Ron. - Bo mnie tak. Hermiona nie wierzyła, że zdam egzamin na mugolskie prawo jazdy. Myślała, że będę musiał rzucić na egzaminatora zaklęcie Confundus.
Ona będzię żoną Rona?! Merlinie!
- Wcale nie - powiedziała Hermiona. - Bezgranicznie w ciebie wierzyłam.
- Prawdę mówiąc, ja go rzeczywiście skonfundowałem - szepną Ron Harry'emu, gdy razem ponieśli kufer Albusa i klatkę z sową do wagonu. - Zapomniałem o tym bocznym lusterku. A czy to takie ważne? Zawsze mogę użyć zaklęcia superczujnikowego.
Hermiona warknęła groźnie.
Wrócili na peron i zastali Lily i Hugona, młodszego brata Rose, rozprawiających z ożywieniem o tym, do którego domu trafią, gdy w końcu i oni pójdą do szkoły.
- Jak nie trafisz do Gryffindoru, to ię wydziedziczymy - powiedział Ron. - Ale nie nalegam.
- Ron!
Lily i Hugo zaśmiali się, ale Albus i Rose mieli poważne miny.
- On tylko tak żartuje, przecież go znasz  - powiedziały chórem Hermiona i Ginny. Uwagę Rona pochłonęło już coś innego. Zerknął znacząco na Harry'ego i pokazał mu coś głową. Gęsta para rozwiała się na chwilę i jakieś pięćdziesiąt jardów od nich wyłoniły się z niej trzy postacie.
- Zobaczcie, kto tam stoi.
A stał tam Draco Malfoy z żoną i synem, w czarnej pelerynie zapiętej pod szyją. Włosy trochę mu się przerzedziły, co uwydatniło ostronzakończony podbródek. Jego dyn był tak podobny do niego, jak Albus do Harry'ego.
Momętalnie wyobraziła sobie jedenastoletniego Harry'ego tylko bez blizny.
Draco spostrzegł, że Harry, Ron, Hermiona i Ginny patrzą na niego, ukłonił się sztywno i odwrócił.
- Merlinie, co się przez te lata stało?! - Hermiona przyknęła szeptem, o ile było to możliwe.
- A więc to jest tem mały Scorpius - mruknął pod nosem Ron. - Rose, musisz być od niego lepsza we wszystkim. Dzięki Bogu odziedziczyłaś inteligencję po matce.
- Na miłość boską, Ron! - powiedziała Hermiona, trochę rozbawiona, ale i rozeźlona. - Musisz od razu napuszczać ich na siebie? Jeszcze nawet nie są w szkole!
- Masz rację, przepraszam - odrzekł Ron, ale nie mógł się powstrzymać, by nie dodać: - Ale za bardzo się z nimi nie zaprzyjaźniaj, Rose. Dziadek Weasley nigdy by ci nie wybazył, gdybyś wyszła za mąż za czarodzieja czystej krwi.
- Hej!
Pojawił się James. Pozbył się już swojego kufra, sowy i wózka i najwyraźniej kipiał od nown.
- Teddy tam jest - powiedział jednym tchem, wskazując przez ramię na kłęby pary za sobą. - Właśnie go widziałem! I zgadnijcie co robi! Całuje się z Victoire!
Spojrzał ze złością na dorosłych, najwyraźniej zaskoczony ich brakiem reakcji.
- Nasz Teddy! Teddy Lupin! Obściskuje się z naszą Victoire! Naszą kuzynką! Zapytałem go, co robi...
- Przerwałeś im? - żachnęła się Ginny. - Jesteś taki sam jak Ron...
- Co się stało, że mówi z taką wprawą. I komu Ron przerwał pocałunek?! - Hermiona nad sobą nie panowała. Zaczęła gryźć kosmyki włosów.
- ... a on mi powiedział, że ją odprowadza! I żebym spływał! Całuje się z nią! - dodał, jakby się obwaiał, że nie wyraził się jasno.
- Och, byłoby cudownie, gdyby się pobrali! - szepnęła Lily. - Teddy stałby się naprawdę członkiem naszej rodziny!
- Już i tak przychodzi na obiad cztery razy w tygodniu - zauważył Harry. - Może po prostu zamieszka z nami i będzie spokój, co?
- No pewnie! - zawołał z entuzjazmem James. - Mogę nawet spać z Alem... Teddy mógłby zająć mój pokój!
- Nie - powiedział stanowczo Harry - ty i Al zamieszacie w jednym pokoju dopiero wtedy, kiedy zechcę, by zdemolowano mi dom.
Wybuchła śmiechem. Czyli ich dziedzi były pełne energi. Roznosiły dom!
Spojrzał na stary, wysłużony zegarek który kiedyś należał do Fabiana Prewetta.
- Dochodzi jedenasta, wsiadajcie.
- I nie zapomnijce ucałować od nas Neville'a! - powiedziała Ginny, ściskając Jamesa.
- Mamo, przecież nie mogę całować profesora!
- Przecież go dobrze znasz...
James spojrzał wymownie w górę..
- Tutaj tak, ale w szkole  jest panem profesorem Longbottomem. Nie mogę wejść na lekcję zielarstwa i powiedzieć, że chcę go ucałować...
- Neville jest naprawdę dobry z zielarstwa. Nawet lepszy odemnie! - stwierdziła Hermiona patrząc za okno. Zauważyła że Ginny odprawia jakiś dziwny taniec na leżacym Harry'm i Draco. Ron całował się z Pensy Parkinson. Dziwny widok...
Kręcoć głową nad głupotą matki, dał upust swoim uczuciom, kopiąc Albusa w łydkę.
- To do zobaczenia, Al. Uważaj na testrale.
- Myślałem, że są niewidzialne! Sam mówiłeś, że są niewidzialne!
Ale James tylko parsknął śmiechem, po czym pozwolił się matce pocałować, uściskał ojca i wskoczył do szybko zapełniającego się pociągu. Pomachał im od drzwi i wkrótce zobaczyli, jak pędzi korytarzem, szukając swoich przyjaciół.
- Testrali nie trzeba się bać - powiedział Albusowi Harry. - Są to bardzo łagodne stworzenia, nie ma w nich nic strasznego. Zresztą i tak nie będziecie jechać do szkoly powozami, tylko popłyniecie łodziami.
Ginny pocaowała Albusa na pożegnanie.
- Zobaczymy się na Boże Narodzenie.
- Trzymaj się, Al - powiedział Harry, gdy syn przytulił się do niego. - Pamiętaj, że Hagrid zaprosił cię w przyszły piątek na herbatkę. Nie zadawaj się z Irytkiem. Nie wyzywaj nikogo na pojedynek, dopóki się nie nauczysz, jak to się robi. I nie daj się sprowokować Jamesowi.
- Dobre rady Harry! - Zaśmiała się Granger po raz kolejny wyglądając przez okno. Ginny latała na miotle Harry'ego nad jego głową. Był zirytowany, błądząc za nią skołowanym wzrokiem. Malfoy śmiał się patrząc na to, Ron krzyczał na siostrę a Neville próbował ją złapać.
- A jak trafię do Slytherinu?
Ciekawe, co odpowie... pomyślała Hermiona.
To ostatnie zdanie wypowiedział szeptem, a Harry wiedział, że tylko t sam moment rozstania zmusił go do zdradzenia, jak bardzo się boi.
Przykucnął, tak że twarz Albusa znalazła się trochę wyżej od jego twarzy. Spośród trójki dzieci tylko Albus odziedziczył oczy po Lily.
- Albusie Severusie
- CO?! - Hermiona wykrzyknęła głośno nie zwracając uwagi na warczenie ze strony pani Pinc.
- powiedział tak cicho, że nie usłyszał tego nikt oprócz Ginny, a ona taktownie udała, że macha ręką do Rose, która już wsiadła do wagonu - nosisz imiona po dwóch dyrekotrach Hogwartu. Jeden z nich był ślizgonem i prawdopodobie najdzielniejszym człowiekiem, jakie znałem.
- Niech mnie hipogryf kopnie. Harry na strość zbzikował!
- Ale powiedz, że nie...
- Jeśli tak się stanie, to Slytherin zyska wspaniałego ucznia. Dla nas to nie ma znaczenia, Al, ale jeśli ma znaczenie dla ciebie, to będziesz mógł sam sobie wybrać Gryffindor. Tiara Przydziału weźmie to pod uwagę.
- Naprawdę?
- Tak było w moim przypadku.
- Harry miał być w SLytherinie?! O Merlinie. A zresztą, naprawdę by tam pasował...
Nigdy tego swoim dzieciom nie mówił i teraz dostrzegł zdumienie na twarzy Albusa. Ale po chwili wzdłóż czerwonego pociągu zaczęły trzaskać drzwi i rozmazane w białych oparach postacie rodziców rzuciły się w stronę wagonów: nadszedł czas ostatnich pocałunków i przypomnień. Albus wskoczył do wagonu, a Ginny zatrzasnęła za nim drzwi. W najbliższych oknach tłoczyli się uczniowie. Wiele twarzy, zarówno w pociągu, jak i na peronie, zwróciło się w stronę Harry'ego.
- No co oni tak się gapią? - zapytał Albus, który razem z Rose wystawił głowę przez okno przedziału.
- Nie przejmuj się - odrzekł Ron. - Na mnie. Jestem bardzo sławny.
Albus, Rose, Hugo i Lily wybuchnęli śmiechem. Pociąg ruszył, a Harry szedł peronem, patrząc na szczupłą twarz swojego syna, już zarumienioną z emocji. Uśmiechał się, machając do niego, choć trochę mu było żal, że musi się z nim rozstać.
Ostatnie kłęby pary rozwiały się w jesiennym powietrzu. Pociąg powoli zniknął za zakętem. Harry wciąż unosił rękę w geście pożegnania.
- Da sobie radę - powiedziała Ginny.
Harry spojrzał na nią, opuścił rękę i z roztargnieniem dotknął nią blizny na czole.
- Wiem.
Od dziewiętnastu lat blizna nie zabolała go ani razu.
Wszystko było dobrze.
Hermiona odłożyła kartki które po chwili wyparowały. Spojrzała przez okno. Teraz Harry unosił się na miotle nad boiskiem, Ginny próbowała wyrwać się z rąk Rona a Draco wyklinał grożąc ręką Harry'emu. Czegoś takiego nie widzi się codziennie. Zabawa za pan brat...